Główna Chen Taiji Chuan
MOJE TAIJI - Autor: Agnieszka Stasiczek

Każdy kto przychodzi ćwiczyć taiji teoretycznie uczy się tego samego: formy/form, a potem stara się je wykonywać coraz lepiej. Ale w zależności od tego jakie ma cele, wartości, potrzeby, możliwości fizyczne, cechy osobowości, mocne i słabe strony, styl uczenia się, reagowania w przypadku trudności oraz sukcesów- jego rozwój może przebiegać zupełnie inaczej. Pisząc o moim treningu taiji tak naprawdę piszę o sobie.


Przez cały czas treningów wydawało mi się, że mój kierunek nie jest najsensowniejszym kierunkiem rozwoju w taiji, raczej wręcz przeciwnie. Stale uważałam, że uczę się nie dość szybko i nieistotnych rzeczy, a te naprawdę ważne mnie omijają. Ale dla mnie chyba po prostu nie było innej drogi: byłam jaka byłam- to wyznaczyło punkt startowy i kierunek nauki. Dopiero teraz widzę, że jednak dużo się nauczyłam…


Sama dla siebie spróbowałam wydzielić etapy, główne podejścia czy obszary, na których skupiałam się najbardziej podczas treningu. Przedstawiona chronologia jest pozorna, czasem kilka wyróżnionych etapów trwało jednocześnie, czasem cofam się do wcześniejszego (na przykład do utrwalania kolejności ucząc się nowej formy). Ale jak mawiała moja nauczycielka: „Nawet jeśli nie ma porządku w głowie- w tekście pisanym być powinien”- więc będzieJ


Od czego się zaczęło?


Trochę się pobawię


Nie przyszłam na taiji, ale na kung fu. Zawsze lubiłam ruch, dynamikę, dobrą zabawę. Ludzie wydawali się fajni. Mięśnie pracowały. No i było to wygodne- treningi miałam tuż pod blokiem, mogłam się nawet nie przebierać. Była też we mnie odrobina przekory (a dlaczego nie kung fu, skoro mam ochotę spróbować?). Oczywiście nie chciałam z żadną sztuką walki wiązać swojego życia, po wyjściu z sali nawet nie pomyślałam, żeby coś poćwiczyć.


Przed zajęciami kung fu mój instruktor prowadził jakieś taiji. Co mnie w tym zainteresowało? Szczerze mówiąc niewiele, nie była to bynajmniej miłość od pierwszego wejrzenia.


Mówili, że to sztuka walki… Pamiętam luźną myśl z tego okresu, że jeśli taiji jest sztuką walki to niewątpliwie potrzeba baaardzo wolnego i cierpliwego przeciwnika. Dla mnie nie było to ani bojowe, ani taneczne, było w tym jednak coś pięknego i przykuwającego uwagę. Poza tym- myślałam- zawsze można trochę się porozciągać, poznać nowych ludzi, no i zobaczyć, co to w ogóle jest.


Prawo, lewo…- terapia dysleksji kinestetycznej


Szybko zauważyłam, że w przypadku moich prób ćwiczenia taiji szczególnego piękna nie widać, a całość wykonania przypomina raczej uszkodzonego  robota – i to delikatnie rzecz ujmując.


Miałam w sobie chęć zabawy, spontanicznego, radosnego ruchu (byle jak byle fajniej). Wtłoczenie tego w schemat wykonania formy,  na początku postrzeganej jako nudna, sztuczna, ślamazarna było tak męczące, że czasem aż bolesne… Ręka w prawo-góra, druga ręka lewo-dół, dupa prawo- mruczałam sama do siebie usiłując wykonać i zapamiętać każdy kolejny ruch, w którym nic nie było automatyczne, ani zintegrowane, wszystko wymagało pamięciowego opanowania i/lub patrzenia na kogoś przede mną (nie naprzeciw, bo natychmiast myliłam wszystkie kierunki). Podejrzewałam, że na widok mojego taiji/kung fu wszyscy zmarli mistrzowie w grobach się przewracająJ


Osoby, z którymi ćwiczyłam w parach czasem okazywały zniechęcenie, bezradność, irytację faktem, że muszą ze mną ćwiczyć, gdyż większość czasu spędzały ustawiając mnie w przestrzeni (prawa noga do przodu, prawa ręka cios, ta druga jest prawa, lewa blok do wewnątrz, nie, robisz na zewnątrz, w drugą stronę). Potem najczęściej następowała zmiana stronyJ


A gdy w końcu była szansa na opanowanie kolejności formy w stylu yang mój instruktor zmienił styl na chen i ten sam proces: prawa ręka do wewnątrz… zaczął się od nowa w laojia.


Taiji od początku było dla mnie trudne, wymagające dużo pracy psychicznej, żeby się nie poddać. Czasem myślę, że na początku więcej było sukcesów pracy z motywacją, charakterem, podejściem do wyzwania niż z ciałem- i długo kompletnie tego nie doceniałam…Zazdrościłam tym, którzy mieli dobrze rozwiniętą tzw. inteligencję ruchową (orientacja w przestrzeni, koordynacja wzrokowo- ruchowa, integracja, dobre czucie proprioceptywne) oraz zmysł bojowy. Myślałam, że im jest łatwiej, więc korzyści, jakie będą mieli z treningu będą większe. Teraz już sama nie wiem…


Dlaczego zostałam? Mój pierwszy jasno sformułowany cel związany był właśnie z pracą nad słabymi stronami: dokładnością, systematycznością, wytrwałością, orientacją w przestrzeni, koordynacją wzrokowo- ruchową, integracją ciała. Wydawało mi się, że absolutnym szczytem moich możliwości będzie wykonanie formy po kolei, bez nieustannego patrzenia jaki ruch jest następny, a w jakimkolwiek zastosowaniu bojowym nie pomylenie kierunków w przestrzeni.


Przy okazji treningów, które szczerze mówiąc nie były dla mnie szczególnie fascynujące zauważyłam, że zyskuję zupełnie inne rzeczy, dla mnie znacznie ważniejsze niż umiejętność wymierzenia celnego ciosu:

  • Doceniłam ludzi, których poznałam dzięki treningom oraz ideę obozów taiji, jako fajnego pomysłu na wakacje,
  • Zaczęło mnie bawić, że mogę nie umieć, nie rozumieć i świat się nie wali- pierwszy raz w życiu dałam sobie zgodę, żeby być absolutnie niekompetentną, zaakceptować taką sytuację i nie uciec z niej (chociaż jakże często wyobrażałam sobie siebie trzaskającą drzwiami sali na pożegnanie),
  • Nabrałam szacunku dla tych, którzy wytrwale pracują nad własnymi słabymi stronami (na przykład dla tych, którzy w szkole musieli się więcej uczyć ode mnie a oceny mieli słabsze- wcześniej wstyd powiedzieć, patrzałam na nich trochę z góry),
  • Nabrałam pokory, ale też odrobiny dumy z siebie, ze się nie zniechęcam.


Gdzieś po drodze wyszłam za mąż, urodziłam córkę, wróciłam ćwiczyć i stwierdziłam, że zmiany w życiu zmianami w życiu, ale poziom kompetencji jakoś nie rośnie…


Ale o co chodzi?


Przyszedł taki moment, że Adam- mój instruktor zrezygnował z kung fu i został mi tylko chen.


Więcej czasu, jeden styl- z perspektywy czasu widzę, że dla mnie była to jedyna możliwość, żeby się czegoś nauczyć. Sama świadomie nie dokonałabym wtedy takiego wyboru, czasem po prostu los pomaga podjąć dobrą decyzjęJA kiedy już depresję wynikającą z braku dynamicznego ruchu w postaci kung fu rozwiązałam znajdując sobie sensowny aerobik, skupiłam się na nauce laojia. Stopniowo, niezauważalnie zaczęłam coraz lepiej pamiętać kolejność wykonywania poszczególnych ruchów (chociaż do dziś zdarza mi się pomylić). Nie miałam poczucia szczególnego sukcesu- było to dość zaskakujące. Zamiast tego zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Pojawiło się pytanie: no dobra, przestawiam kończyny mniej więcej w dobrych kierunkach- i to już wszystko? To jest taiji?


Nauka formy i cierpliwe jej powtarzanie okazało się skuteczne- o ile w rzadziej powtarzanych ruchach oraz innych niż laojia formach (tu nadal walczyłam/walczę z kolejnością)  nie miałam zdania, co do własnego poziomu wykonania,  w odniesieniu do najczęściej powtarzanych ruchów w laojia zaczęłam czuć, że w ogóle ich nie umiem…

Właśnie w tych ruchach, które niczym mnie już miały nie zaskoczyć, podczas demonstracji których najłatwiej się dekoncentrowałam (no bo przecież już je umiem) poczułam, że wykonuję je jakoś bez sensu, bez głębi, topornie… 


Włączyłam logiczne myślenie- nie byłam zachwycona tym, co wymyśliłam…kilka lat się uczyć i nic nie umieć…hmmm


Z drugiej strony taiji po raz pierwszy mnie zainteresowało- więc jest jakaś wewnętrzna rzeczywistość, której nie jestem świadoma, jakiś cel, lepsza integracja, o coś chodzi, coś można poprawić, nie tylko machać rękami, zrobić lepszy? dobry? ruch. Pierwszy raz pomyślałam też, że nie wystarczy logicznie pojąć i zapamiętać tego, co mówi instruktor, czy inni, lepsi ode mnie- trzeba to POCZUĆ. A jeśli nie czuję o co chodzi, to kolejne zadane pytanie i kolejna otrzymana odpowiedź nic nie zmienią, marnuję tylko czas…

Nie musiałam już opierać się jedynie na zewnętrznych wyznacznikach tego, czy jest lepiej (mina instruktora, pytania o detale, czas potrzebny na wypchnięcie mnie z równowagi, liczba udanych „akcji” podczas ćwiczeń w parach). Trochę zaczęłam ufać sobie i swoim odczuciom-  zyskałam wewnętrzne źródło oceny postępów- siebie samą.


Bezradność i poczucie, że każdy ruch jest kompletnie do niczego, a teraz to dopiero zaczynam mierzyć się z czymkolwiek ważnym- wkrótce osiągnęłam taki stan umysłu. Przyjęłam ten fakt  do wiadomości i zaczęłam zastanawiać się, co można z tym zrobić. Nie zawsze tak bezproblemowo podchodzę do wyzwańJW tym przypadku było mi łatwiej- po prostu od początku taiji było dla mnie trudne, nigdy nie czułam się kompetentna i nie miałam nadziei, że kiedykolwiek będę. Po prostu kolejne sprawy, z którymi sobie nie radzę…I tyle.


Nie wiem, czy zaczęłam uczyć się szybciej, ale na pewno bardziej świadomie i z poczuciem, że duża część odpowiedzialności za naukę spoczywa na mnie, nie tylko na instruktorze.

A kiedy już zaczęłam uczyć się z większym zaangażowaniem i  zaciekawieniem, chciałam wiedzieć po co i czego się uczę. Wstyd powiedzieć, wcześniej nie czytałam nic o taiji, nie miałam w głowie żadnych pomysłów na to, co to w ogóle jest, ani też potrzeby, żeby się w ogóle nad tym zastanawiać. Kiedy przyszłam na kung fu czy aerobik również nie byłam teoretycznie przygotowana. Sądziłam, że wszystkiego, co potrzebne dowiem się na zajęciach. Najpierw sama zaczęłam tworzyć pomysły na zasady ogólne, cele, ideę i istotę taiji (niektóre tak absurdalne, że w życiu się do nich nie przyznamJ, inne całkiem sensowne) Potem zrobiłam przegląd internetu. Ogrom tego, co znalazłam był oszałamiający. Aspekty bojowe, filozoficzne, medyczne, prozdrowotne, sama nie wiedziałam, jak niektóre z nich sklasyfikować. Niektóre wątki kompletnie niezrozumiałe i abstrakcyjne. Inne wymagające ogromnej wiedzy. Mnóstwo chłamu. Kilka namiarów na fajne książki. Jeden wielki chaos w głowie i konsternacja. Ratunku, co ja tutaj robię?


Odpowiedź była prosta, szczera, konkretna i udzieliłam jej sobie sama. Brzmiała: no, akurat ty Aga przez większość czasu lokalizujesz, gdzie masz prawą, a gdzie lewą rękę. Poza tym pilnujesz kolejności w formie oraz usiłujesz nie uszkodzić siebie/innych narzędziem bojowym, które akurat trzymasz w ręce. I tyle.


(Z obecnej perspektywy wydaje mi się, że to była bardzo dobra odpowiedź i po prostu powinnam się na tym była skupić, tym cieszyć i znaleźć w tym sens.)


Wtedy poczułam się tak, jakbym sama siebie kopnęła w tyłek. Jak gdybym wybierała się z motyką nie na słońce, lecz na sąsiednią galaktykę przynajmniej. W kompletnym chaosie myślowym, jaki mnie opanował wyróżniały się dwa główne, równoczesne nurty:

 

 

Jaki to ma sens?

Jak mogłabym ćwiczyć lepiej?

Pytanie o sens treningów od pewnego czasu we mnie drzemało. Kiedy zaczynałam taiji planowałam treningi jako odrobinę zabawy i terapię ruchowej dysleksji 2 razy w tygodniu 1,5 godziny, a reszta życia miała się toczyć się swoim trybem…

A teraz zobaczyłam jakie to taiji jest trudne, złożone, niemożliwe, bezsensowne dla logicznej, zamężnej, dzieciatej, uwielbiającej kawę i słodycze Europejki, czyli mnie. Jak bardzo powinno wiązać się ze stylem życia, myślenia... Jak bardzo do tego nie dojrzałam…

 

Pomyślałam: i co ja mam z tym zrobić? Nie potrafię wrócić do tego, jak rozumiałam taiji wcześniej. Z drugiej strony nie dam rady dostosować się do niego w tym nowym rozumieniu (przyswoić tego ogromu wiedzy, ćwiczyć tyle, aby mieć efekty, żyć, myśleć ‘po chińsku’) 

 

Czy można być gdzieś, pośrodku, między poważnym a zupełnie niepoważnym traktowaniem treningów?

 

Pojawiło się dużo tzw. pytań egzystencjalnych: Co w życiu ma sens? Czy robić to, co się lubi, czy to, do czego ma się talent? Do czego mam talent? Czego mi brakuje? Czy to sprawiedliwe? Jakie efekty chcę osiągnąć? Co jest możliwe?

 

To niewątpliwie fascynujące pytania (chętnie na którymś z obozów podyskutuję wspólnie szukając odpowiedzi), ale głowa bolała mnie od rozważań a zniechęcenie treningami rosło…Do tego dołożyły się różne, niezwiązane z treningami „życiowe” sprawy, które też prowokowały rozważania o sensie życia.

 

Nie znalazłam oczywiście żadnych odpowiedzi, a przynajmniej nie potrafię ująć ich w słowa. Wymyśliłam mnóstwo sensownych i logicznych argumentów, żeby zrezygnować z treningów. A jednak ćwiczyłam nadal. W którymś momencie poczułam, że skupianie się na ruchu (niezależnie od tego jak niedoskonały mi się wydawał) uwalnia mnie od natłoku myśli i czuję się w tym lepiej niż w nieustannych rozważaniach.

 

Chciałabym dojść kiedyś do momentu, kiedy przestanę się zastanawiać nad sensem, a po prostu będę ćwiczyć. Na razie uczciwie rzecz ujmując jestem gdzieś pomiędzyJ

 

 

Ok- powiedziałam sobie, niezależnie od tego czego mam się uczyć i jak abstrakcyjne to mi się wydaje jestem tu, gdzie jestem i umiem, ile umiem. Postępy nie są oszałamiające, delikatnie rzecz ujmując. Co mogłabym zrobić, żeby uczyć się sprawniej?

 

Najpierw skupiłam się na wątkach związanych z własnym tzw. stylem uczenia się. Wymyśliłam, że:

  • potrzebuję najpierw odczucia ruchu własnego ciała w przestrzeni, dopiero potem mogę ‘dodawać’ detale np. położenie rąk,
  • pomaga mi, kiedy usłyszę opis tego co mam zrobić- opieram się wtedy na pamięci słuchowej,
  • pomaga mi kiedy ucząc się nowych ruchów nucę w myślach (łapię rytm ruchu).

 

W ogólnym poczuciu, że każdy ruch jest bez sensu starałam się wyodrębnić jakieś konkrety: Barki razem z biodrami- nie da się. Poczuć ciężar równo na stopach- niemożliwe. Nie pochylać się- nie umiem. Ratunku, o co chodzi?

 

O ile emocje, rozważania psychologiczno- filozoficzne zawsze były mi bliskie, a skupienie na nich naturalne, o tyle funkcjonowanie mięśni, stawów  i całej bliżej mi nieznanej reszty istotnych elementów fizycznych i przełożenie tego na mechanikę ruchu wydawało się niemożliwe.

 

Potrzebuję łatwiejszego taiji- mówiłam sobie- mniej elementów, więcej czasu na skupienie i przemyślenie. Uczę się wolno, umiem mało, powinnam zacząć od prostszych wersji: wolniej, więcej powtórzeń, bez siły i dynamiki (z ideą dynamicznego, radosnego ruchu przeniosłam się na aerobik). Na taiji wracam do grupy początkującej, w domu powtarzam podstawy, ćwiczę wolno, bez siły, rezygnuję z form z bronią- jedyny efekt, to rosnące poczucie niekompetencji (coraz więcej rzeczy, których nie potrafię poprawić pojawia się w polu mojej uwagi). Pojawia się również ból w krzyżach (i to jaki!), kilka miesięcy potem zaczyna mnie boleć kolano. Mam kłopoty z oddychaniem podczas formy: dusi mnie w mostku do tego stopnia, że czasem muszę się zatrzymać, żeby zrobić wdech.

 

Inni jakoś nie mają takich problemów- myślałam ponuro stawiając sobie diagnozę upośledzenia inteligencji ruchowej. Każda najprostsza rzecz na treningu mnie przerastała, czułam się, jakbym walczyła z własnym ciałem. Im bardziej się starałam, tym bardziej bolało, a im bardziej się skupiałam, tym gorzej mi szło. Najchętniej rozłożyłabym się na części pierwsze i poskładała ponownie, tylko lepiej.

 

Cele, które wydawały mi się bardzo ważne i jednocześnie absolutnie niemożliwe to: stanąć prosto, znaleźć pion, nie rozwalić kręgosłupa, kolana, zmniejszyć ból, zorientować się, co mi przeszkadza i poprawić to.

 

Poszukiwanie lepszej struktury naprawdę było i jest dla mnie istotne. Próbowałam działać najlepiej jak potrafiłam. Chodzi mi jednak po głowie taka myśl, że gdybym zaczęła od rozluźnienia, większej świadomości ciała, gdyby mniej było w tym walki a więcej akceptacji bolałoby mniej a efekt byłby lepszy. Sama nie wiem…

 

Kobieta zmienną jest:)


Dopiero teraz sobie myślę, że to moje niedoskonałe, toporne (bez?)sensowne taiji szybko zaczęło sprawiać mi radość i długo nie w pełni to dostrzegałam zbyt zajęta szukaniem odpowiedzi na pytania o sens oraz walką z poszczególnymi niedoskonałymi częściami ciała.

Nadal zdarza mi się gubić radość ćwiczenia wyruszając na wojnę z ciałem i umysłem i to wstyd się przyznać jak często…


O ile nie znalazłam odpowiedzi na pytanie o sens (i nie okazało się to takie ważne) znalazłam odpowiedź na pytanie dotyczące moich problemów ze strukturą (i to również nie okazało się  takie ważne). 


:)


Zajmowałam się tym tyle czasu…


Ortopedycznie rzecz ujmując mam wadliwe ułożenie miednicy i idące za tym zmiany w funkcjonowaniu biodra oraz ułożeniu kręgosłupa, co powoduje napięcia i kompensacyjne skrzywienia w różnych częściach ciała. W pierwszym momencie po diagnozie oscylowałam pomiędzy kompletnym załamaniem (no to koniec mojego chena) a ulgą (hurra, nie jestem upośledzona, mam konkretny problem). Dwa miesiące później uważam, że to wszystko nie było chyba aż takie ważne w treningu jak myślałam… Przynajmniej nie w ten sposób, jak to rozumiałam… Muszę oczywiście brać to biodro i całą resztę pod uwagę. Może nawet dodatkowo poćwiczyć jakieś mięśnie. Inne mięśnie rozluźnić. Zmienić nastawienie. Odpuścić kontrolę. Nie za bardzo kontrolować proces odpuszczania kontroliJ  Przede wszystkim muszę jednak uważać, żeby nie zrobić z tego przysłowiowego rąbka u spódnicy, co to złej baletnicy przeszkadza… 


Za następne dwa miesiące mogę być oczywiście zupełnie innego zdania.


Tyle razy już się myliłam, przejmowałam, nastawiałam na coś i walczyłam o to- a potem okazywało się, że nie o to chodzi i znów mi drzewa las zasłaniały. Żadnego z opisywanych „problemów” (począwszy od kolejności i orientacji w prawych-lewych częściach ciała) nie rozwiązałam, raczej widzę go z trochę innej perspektywy. Tak jak te rosyjskie matrioszki, gdzie kolejne laleczki pozamykane są jedna w drugiej.


Ależ cudownie byłoby od teraz nie nastawiać się na nic, nie tworzyć oczekiwań, nie wtłaczać siebie ani treningu w sztywne ramy, schematy i stworzone przez samą siebie kategorie. Po prostu ćwiczyć i otworzyć się na to, co niesie trening. Ale już widzę, jak zaczynam się przeorganizowywać, tworzyć nowe oczekiwania, nowe cele, nowe kategorie… Pewne opcje w moim mózgu wydają się niemożliwe do wyłączeniaJ


Gdzieś po drodze przeszłam od etapu patrzenia na instruktora i naśladowania, przez etap zadawania pytań o detale, a następnie wzięłam dużą część odpowiedzialności za własny trening na siebie. Byłam przekonana, że to jedna z nielicznych absolutnie słusznych rzeczy, jaką zrobiłam. Sądziłam, że rozwój w taiji zależy jedynie od następujących czynników:

  • poziomu rozwoju i umiejętności w punkcie startowym,
  • ogólnych wytycznych i korekt dawanych przez instruktora,
  • włożonej pracy własnej- przede wszystkim.

Nie sądziłam, że ktokolwiek inny: inni ćwiczący, instruktorzy, mistrzowie jest mi potrzebny.

Jeśli chodzi o mistrzów- nie wiem, jeszcze nie sprawdziłam, czy miałam rację- pewnie nieJJeśli chodzi o pomoc ze strony innych ćwiczących i instruktorów- baaardzo się myliłam…


Szersza perspektywa = cudza perspektywa


Pamiętam taką reklamę Orange: „…jestem wszystkimi ludźmi, których znam (…) bez nich byłbym nikim…”. Ci, których spotkałam zostawiają ślad w tym, co umiem i kim się staję. Wszyscy, na sali, gdzie ćwiczymy i poza nią, w mniejszym bądź większym stopniu jesteśmy dla siebie nauczycielami (ja na przykład z moją dysleksją ruchową byłam świetną nauczycielką cierpliwości- jeśli tylko ktoś chciał się uczyćJ). Ilu rzeczy nauczyłam się i wciąż uczę od innych ćwiczących….


W kontakcie z lepszymi od siebie doskonalę techniki i ich rozumienie- to jasne. Uczę się też prosić o pomoc, formułować pytania, godzić się z brakiem odpowiedzi, a także przyjmować od innych: czas, troskę, zaangażowanie bez konieczności i możliwości dawania czegoś w zamian- to dla mnie trudne. Nieustannie konfrontuję się z tym, jak mało wiem i uczę się to akceptować.


Od bardziej początkujących uczę się umiejętności rozłożenia tego co robię na prostsze detale, podążania za drugim człowiekiem i dopasowywania się do jego stylu uczenia się. W kontakcie z nimi dostrzegam, jak bardzo podstawowe błędy robię (innym tłumaczę, u siebie poprawiam). To oni czasem poprawiają mnie w aspektach absolutnie podstawowych- ależ to uczy pokory! Muszę też radzić sobie z własnym zniecierpliwieniem i poczuciem „ja wiem lepiej” (bo wcale nie wiem!) oraz modyfikować swoje oczekiwania wobec treningu.


Od nauczycieli uczę się w sposób bardziej „skondensowany” niż od innych ćwiczących. Jedno z najważniejszych, najcudowniejszych odkryć w ostatnim czasie jest takie, że nauczyciele tego samego stylu taiji mogą być zupełnie różni. Każdy z nich jest innym człowiekiem, ma różne cele, sposób życia i rozumienia świata, odmienne doświadczenia. Każdy z tych, których spotkałam uczy teoretycznie tego samego taiji, ale w pewien sposób w tym, co daje ćwiczącym przekazuje część siebie. Od każdego z nich dostałam coś innego. Mam na myśli znacznie więcej niż tylko wskazówki mogące poprawić jakość mojego treningu. Dostałam również szerszą perspektywę, zmiany w rozumieniu taiji i w rozumieniu siebie samej.


W ostatnim czasie nauczyłam się uczyć taiji(?) od bardzo różnych ludzi: instruktora kung fu, rehabilitanta i instruktora pilates, instruktorek na aerobiku, koleżanek psycholożek, lekarza medycyny chińskiej, własnego męża (biegacza) i córki (z jej nieustającym zachwytem nad pięknem świata)- mam takie zaskakujące wrażenie, jakby oni wszyscy wpłynęli w jakiś sposób na mój trening.


Jedno z najistotniejszych pytań jakie ostatnio sama sobie zadaję brzmi: czego ja się tak naprawdę uczę?


Niezależnie od tego, jaka jest odpowiedź chciałabym w dalszym treningu mieć wystarczająco dużo pokory, aby w każdym momencie być świadoma, jak mało jeszcze umiem…Odwagi, aby się do tego przyznać. A potem na tyle wytrwałości, siły i motywacji, aby nie przestać się uczyć. Wiem, wiem, tym razem zdecydowanie przesadziłam z wysokością stawianej sobie poprzeczkiJ


iwonagrzeskowiak@onet.pl

Zdjęcia Mistrzów: M. Vorwerk, Projekt i wykonanie: Pracownia Athanor