Główna Chen Taiji Chuan
Taiji, a choroba

TAIJI, A CHOROBA

Z magazynu Taijiquan na 2011


W temacie „Taiji i zdrowie” wykonano już wiele badań, które wykazały jego pozytywne zdrowotne działanie.

Kiedy przed kilkoma laty, jako hobby rozpoczęłam moje Taiji, przede wszystkim fascynowały mnie harmonijne ruchy. Z biegiem czasu zaczęłam także odczuwać jego działanie wspierające zdrowie.


Potem przyszła choroba i nowe doświadczenia z Taiji.


Całkowicie zaszokowała mnie diagnoza bardzo poważnego schorzenia, zalecenia terapii i operacja, która miała skutkować drastycznymi fizycznymi zmianami.


Nastąpił bardzo trudny czas, któremu towarzyszyły chaotyczne uczucia: strach, smutek, nadzieja, zwątpienie. Taiji i medytacja, które pomagały mi w innych sytuacjach kryzysowych, czasowo straciły swoje działanie. Przy próbach medytowania napadały mnie ataki strachu. Próbowałam robić formę i łapałam się na całkowicie mechanicznym wykonywaniu ruchów, a w głowie wszystko kręciło się wokół tego samego tematu. Tylko w środę wieczorem, w zaprzyjaźnionej grupie Taiji, udawało mi się zagłębić się na chwilę w przebieg ruchu. Wtedy wszystko było jak „dawniej” i każdorazowo mogłam zabrać do domu trochę zebranej siły.

Na szczęście dostałam wiele pomocnego wsparcia. Przez kontakt z grupą  wzajemnego wsparcia uczyłam się patrzeć na operację innymi oczami i przyjmować ją jako moją szansę leczenia.


Podczas dwóch krótkich pobytów w szpitalu, które nastąpiły w międzyczasie (pozostawiły mnie one we względnie dobrej kondycji), zdążyłam wypróbować, że miejsce między brzegiem łóżka i okna idealnie wystarcza do ćwiczeń jedwabnej nici. Można je było robić tak cicho, że nie przeszkadzało to pacjentce z sąsiedniego łóżka.

Dzień poprzedzający operację upłynął w szpitalu na przygotowaniach do niej. Koło wieczora mogłam poświęcić trochę czasu na ćwiczenia jedwabnej nici. W medytacji mentalnie pożegnałam się z częściami mojego ciała, które miałam stracić następnego dnia. Wrócił spokój.

Po operacji, która przebiegła pozytywnie, rozpoczęłam trudną walkę z bólem, problemami z koncentracją, kłopotami z oddechem, zakłóceniami w funkcjonowaniu systemu nerwowego z objawami porażeń na nogi i trudnym do opisania wyczerpaniem.

Z wcześniejszych doświadczeń (własne zranienia, praca z upośledzonymi uczniami) wiedziałam, że przy  zakłóceniach w systemie nerwowym, ważny jest wczesny i intensywny trening. Dodatkowo w Taiji nauczyłam się innego postrzegania bólu (mięśnie i ścięgna „lamentują” ze względu na obciążenie do które nie są przyzwyczajone, czy ból ostrzega mnie: stop, wystarczy, dalej już nie).

W związku z tym, mimo bólu zbierałam się (zachęcana przez moją terapeutkę) ciągle na nowo na krótko do ćwiczeń, które wkrótce przyniosły pierwsze efekty.

Kiedy ponownie ćwiczyłam siedzenie na brzegu łóżka, co mogłam już zrobić sama- przypomniałam sobie o ćwiczeniach jedwabnej nici. Wprawdzie igły w rękach nie pozwalały na obszerniejsze ruchy, ale „kręcenie” jak przy medytacji powinno być możliwe. Zamknęłam oczy, próbowałam się wyprostować ( ała.. brzuch !), ostrożnie poruszałam ramionami i intensywnie wyobrażałam sobie, że jest to pierwsze ćwiczenie jedwabnej nici… To co przyszło potem, było jak mały cud! Czułam jak rozpuszczają się napięcia w barkach i w karku, lepiej mi się oddychało. Odczucie to było tak silne, że wydawało mi się nawet, że słyszałam ciche trzeszczenia i chrupnięcia ( kto chciałby wiedzieć dokładniej, jak się czułam, może przeczytać zakończenie bajki o Żabim królu. Przeżywa to: ”wierny Heinrich”).


To był początek mojej nowej wersji treningu Taiji. Przez lata nauczyłam się dokładnie obserwować przebieg ruchu. To pomogło przy podjęciu kolejnego wyzwania: z pomocą terapeutki stanęłam na nogi (ała … stopy !). Właściwie miałam tylko stać, ale chciałam zaraz spróbować: ciężar na lewą ( pomoc terapeutki)- podnieść prawą nogę z  wiszącą, wiotką stopą – delikatnie postawić stopę, żeby jej nie przekręcić- i teraz?? Taiji! – ciężar przenieść powoli na prawą stopę, w której nie ma czucia, wyrównać balans, mały kroczek lewą, „lepszą” stopą – udało się! Cieszyłam się razem z moją miłą terapeutką, która jednak odprowadziła mnie zaraz z powrotem do łóżka.

Kilka dni później podjęła ponownie trud jednoczesnego uważania na mnie i przesuwania w odpowiednim czasie stojaka, na którym wisiały pojemniki z różnymi podawanymi mi płynami.

Dokładnie po 14 dniach mogłam opuścić szpital. Powoli, ale na własnych nogach.

Potem rozpoczął się pełny program w klinice rehabilitacyjnej. Po kilku dniach znalazł się czas i miejsce na mój trening Taiji. Na początku były to niezawodne ćwiczenia jedwabnej nici – na jedną rękę, na stojąco (prawdopodobnie nawet profesjonalista w Taiji, styl Chen miałby problem rozpoznać co w ogóle robiłam, ale na mnie działało to bardzo dobrze!).

Kiedy już lepiej mogłam się skoncentrować, chociaż mojemu mózgowi przychodziło to nadal z trudem, odważyłam się na 1-szą formę: stanąć-obniżyć ciężar-krok w bok(ups... równowaga!)- podnieść ramiona i znowu opuścić - jak było dalej? w prawo? w lewo? Zapomniałam formę! Wprawdzie przez wiele lat nauki 1-szej formy mocno nad nią pracowałam, a tę część robiłam już setki razy! Wypróbowałam różne ruchy... i nagle zaufałam jednemu z nich i poczułam się w nim dobrze. Moja głowa jeszcze nie bardzo słuchała, ale ramiona i nogi przypominały sobie! Krok po kroku „rekonstruowałam” w ten sposób początek formy. Powoli, niepewnym krokiem, ale z radością.


Teraz lepiej rozumiem, dlaczego w Taiji przykładamy tyle uwagi do ćwiczeń rutynowych i ciągle na nowo ćwiczymy te same ruchy. Przeżyłam to w tamtym czasie. Dopiero kiedy ruch zostaje „automatycznie zapisany” w ciele, głowa (uwaga) może się uwolnić i zajmować się głębiej sięgającymi aspektami (np. rozluźnienie, przebieg energii).

Po kilku dniach mój mózg przełączył się znowu na „autopilota” i nareszcie mogłam poświęcić się prawidłowemu wykonywaniu ruchów.

Znowu biegło, ale na początku tylko do „żurawia”. Więcej było zbyt wyczerpujące.

Jeszcze długi czas „Strażnik Darmy uderza w moździerz” był bardziej upadaniem chińskiej pałeczki do jedzenia, a żurawiowi brakowało drugiej nogi i był raczej podobny do kurczaka w klatce. Ale pomału szło do przodu.


Zauważyłam kolejną korzyść z nauczonych już ćwiczeń rutynowych: są wspaniałym instrumentem pomiarowym postępu, szczególnie w rekonwalescencji (w zeszłym tygodniu kroki w bok mogłam robić tylko bez ruchów rąk, teraz mogę obie rzeczy jednocześnie).


Po powrocie do domu cieszyłam się bardzo na spotkanie z moją grupą Taiji.

Pierwszego wieczoru trochę przestraszyłam się tej ekstremalnie chudej, starszej kobiety z niepewnymi ruchami, która ćwiczyła z innymi..(lustra na ścianach są tak szczere!).

„Stojącą kolumnę” jeszcze dłuższy czas robiłam na siedząco. Moja Nauczycielka Taiji bardzo pomogła mi w uzyskaniu lepszej postawy swoją dobrą nauką i wieloma cierpliwymi korektami.

Specjalny program fizjoterapii i regularny trening w domu też przyniosły efekt. Krok po kroku mogłam „na nowo zdobywać” wszystko to z Chentaiji, czym dawniej już się zajmowałam.


Te wspomnienia piszę jeszcze całkiem pod wrażeniem obozu Taiji z Janem Silberstorffem w St. Honorat na Majorce.

Przed śniadaniem Stojąca Kolumna. 1-sza forma w dużej grupie, w promieniach słońca na tarasie… i kiedy Jan korygował pozycję „złotego koguta”, czekałam stojąc tak jak inni na jednej nodze, aż przyjdzie moja kolej (no ok., dwa razy na krótko opuściłam prawą stopę dla odpoczynku-dokładnie tak samo jak „dawniej”).


*Tłumaczenie za zgodą autorki-Iwona Grześkowiak/luty 2011

*Zgodnie z decyzją Jana, nazwisko autorki nie zostało podane pod oryginalnym artykułem/tłumaczeniem

iwonagrzeskowiak@onet.pl

Zdjęcia Mistrzów: M. Vorwerk, Projekt i wykonanie: Pracownia Athanor