Główna Chen Taiji Chuan
Rozważania po wykładzie

W dniu 4.11.2010 w Katowicach, w Centrum Kultury odbył się wykład mistyka, benedyktyna i Mistrza zen Willigisa Jaegera, autora książek, wśród nich najbardziej chyba znanej „Fala jest morzem”.

Pierwszy raz miałam okazję widzieć i słuchać autora na żywo. Po wykładzie pozostało odczucie, że o pewnych sprawach nie da się mówić, ponieważ opisanie ich za pomocą dostępnych słów, podobnie jak zrozumienie ich bez własnych doświadczeń w tej dziedzinie po prostu nie jest możliwe. Myślę, że na wykładzie dość celne było proste zobrazowanie sposobów zdobywania wiedzy na podstawie przykładu z książką kucharską, którą można czytać i znać wręcz na pamięć wszystkie dania i wymyślne potrawy, jednak nigdy nie będzie się to mogło równać z samodzielnym przygotowaniem potrawy. Oprócz tego można coś smacznego ugotować nie korzystając z żadnych konkretnych przepisów książki.

Muszę przyznać, że wykład był raczej dość ogólny i nastawiony na ramowe naświetlenie tematu. Zresztą w przypadku takiej mieszanej grupy słuchaczy, niewątpliwie dla niektórych temat był całkiem, albo prawie całkiem nieznany i chyba nie można go było poprowadzić inaczej. Przypuszczam, że głębszy wgląd w trudną tematykę duchowości i przybliżania się do niej przez codzienne działanie następuje podczas praktycznych warsztatów.

Willigis Jaeger sprawił na mnie wrażenie osoby dość surowej, ale jednocześnie pozostawiającej drugiej osobie prawo do jej własnej drogi, osoby, która wyrosła z korzeni chrześcijańskich, ale dzisiaj jednak bardziej zwrócona jest w stronę buddyzmu, osoby rozczarowanej instytucjami kościoła katolickiego, ale potrafiącej na tym zbudować coś sensownego dla własnego rozwoju.

Chciałabym dodać, że po rozmowach ze znajomymi, którzy również przysłuchiwali się temu wykładowi dowiedziałam się, że był dla nich inspirujący i wyjaśnił im wiele kwestii, albo przynajmniej zasygnalizował im sprawy, na które nie zwracali dotąd uwagi albo zupełnie inaczej na nie patrzyli. Myślę, że jeśli zainspirował on chociaż jedną osobę do niełatwej pracy nad zmianą siebie na lepsze, to tym samym spełnił on swoją rolę. Szczególnie, że każdy rozwój indywidualny przekłada się przecież zawsze na dobro nas wszystkich.


Redagowanie własnej strony internetowej daje mi tę wspaniałą możliwość wyrażania własnej, siłą rzeczy oczywiście subiektywnej opinii, na różne tematy. Pozwolę sobie zająć się tutaj trochę dłużej znaczeniem doświadczenia w rozwoju duchowym i rozwoju w ogóle. Może moje przemyślenia przydadzą się komuś, albo zmotywują kogoś do działania. Pisząc o pewnych sprawach sama też porządkuję je w sobie, a czasem nawet odkrywam coś nowego..


Moim zdaniem pojęcie, którego nie możemy połączyć z własnym doświadczeniem, pozostaje tylko naszym wyobrażeniem.

Załóżmy, że ktoś nigdy nie widział krowy. Na podstawie naszego opisu może stworzyć sobie swój obraz, ale jeśli kiedyś ją zobaczy z pewnością nie będzie to dokładnie odpowiadało wcześniejszemu wyobrażeniu. Jeśli natomiast ją widział, nawet jeśli zna ją pod inną nazwą, kiedy usłyszy jej opis powie: „To przecież jest krowa!”. Mówimy tutaj o materialnej rzeczywistości, którą w przybliżeniu postrzegamy dość podobnie. Jeśli przejdziemy na poziom przeżyć wewnętrznych, medytacyjnych i duchowych okazuje się, że nie ma dostępnych słów, za pomocą których możemy je sensownie opisać. Mamy nasze odczucie, doświadczenie (nie wyobrażenie), ale ponieważ bardzo różni się od wszystkiego co znaliśmy do tej pory, nie jesteśmy w stanie połączyć naszych przeżyć z żadnym znanym nam słowem.


Jeśli na przykład chodzi o medytację. Po kilku miesiącach praktyki wydawało mi się, że pomału rozumiem, co to znaczy być w stanie medytacji. Po 2-3 latach odczucie tego stanu  bardzo różniło się od tego początkowego zrozumienia. Oczywiście też wydawało mi się, że już dosyć dużo na ten temat wiem. To co jest dzisiaj, jest czymś całkowicie innym niż doświadczenie na początku. Jednak dzisiaj już nie wydaje mi się, że wiele wiem na ten temat, aczkolwiek jest to znacząco więcej niż osiem lat temu. Jak będzie wyglądało moje doświadczenie w tej dziedzinie za kilka lat? A jak za kilkanaście? Wraz z nabywaniem własnego doświadczenia mniej ważne staje się to co już wiem, ponieważ rośnie zrozumienie jak wielki jest ten obszar, który nie tylko jest jeszcze poza naszym zasięgiem, ale nawet z którego istnienia w ogóle nie zdajemy sobie sprawy. To co wiem i umiem staje się mnie ważne. Ważniejsze staje się to czego jeszcze nie wiem i to czego nie potrafię.


W innym artykule wspominałam o odczuciu ciszy podczas medytacji. „Cisza” w miarę postępu praktyki nabiera również innego znaczenia, które moim zdaniem nie odpowiada dokładnie pojęciu „cisza” w potocznym rozumieniu, przynajmniej w takim jak je kiedyś pojmowałam. Ta „cisza”, którą poznajemy przez medytację nie jest pusta. Nie jest „niczym”. Jest wszystkim. Jest wypełniona jednością. Pozwala stać się jednością ze wszystkim.

Wyraz „cisza” kompletnie nie oddaje tego stanu, ale z drugiej strony jest najlepszym przybliżeniem spośród tych pojęć, które są dostępne. Czyli jest to najlepsze możliwe do znalezienia pojęcie, które jednak nie opisuje tego co to jest.

Napisałam o tym specjalnie po to, żeby pokazać, że czasem używając tych samych nazw, nawet takich, które wydają się nam proste do zrozumienia, bez sięgania w te naprawdę trudne, możemy mieć na myśli coś zupełnie innego i choćby ktoś jak najlepiej się starał, jego wyjaśnienie będzie tylko mniejszym lub większym przybliżeniem. Moim zdaniem, żadna książka, żaden wykład, żadna rozmowa, czy przebywanie w okolicy nawet  największego Mistrza nie zastąpi własnego doświadczenia, chociaż oczywiście może znacząco pomóc w naszej pracy.

Zdobywanie własnego głębokiego doświadczenia jest dość trudne, bo wymaga nie tylko wiele wytężonej pracy, która może stać się bardziej ukierunkowana i nieco łatwiejsza, jeśli możemy tutaj liczyć na pomoc dobrego Nauczyciela, ale i zaangażowania własnej inteligencji i czucia.

Myśląc o czuciu nie mam na myśli tworzenia sobie własnych światów opartych na wyobrażeniach i pływaniu w chmurach, ale umiejętność sięgania w subtelne sfery nas samych i otaczającego nas świata, istniejące choć trudno osiągalne, bo wymagające uważności, skupienia i właśnie: inteligencji, bez której nie znajdziemy do nich drogi.

Wiele osób trenujących Taijiquan i zwracających dużą uwagę głównie na jego aspekt bojowy nie docenia znaczenia medytacji właśnie dla umiejętności do walki i nie tylko dla tych umiejętności. Zresztą na wysokim poziomie jedne nie istnieją bez drugich…

Kiedyś jakiś zapalony wielbiciel sztuk walki, przypuszczam nie mający zbyt poważnych doświadczeń medytacyjnych, na jakimś forum ( chyba Budo)  powiedział, że: „medytacja nic nie daje, bo to nie trening tylko siedzenie na d…”.

Nawiązując do tego, że do rozwoju potrzebna jest nam inteligencja, przytoczę niedokładnie zdanie wypowiedziane kiedyś przez Jana Silberstorffa”: ‘W dzisiejszych względnie pokojowych czasach w sztukach walki nie chodzi o to, żeby przez większość swojego życia codziennie dostawać po dziobie na treningu po to, żeby ewentualnie kiedyś jeden raz nie dostać w dziób  na ulicy, która to sytuacja może się nam zresztą nigdy nie przydarzyć, ale o głęboki rozwój wewnętrzny’.


Chciałabym zwrócić uwagę jeszcze na jeden element, który według mnie jest bardzo istotny dla naszego rozwoju. Jest nim wolność, która z jednej strony pozwala nam dalej rozwijać się, a z drugiej -także zwrotnie rozwija się w naszym głębokim treningu wewnętrznym. Wolność to brak lęku, który blokuje nas na różnych poziomach rozwoju, otwarcie się na wszelkie dostępne metody pracy na naszej drodze, brak ograniczeń w pojmowaniu, postrzeganiu i rozumieniu, brak uzależnień które tworzą dla nas świat, w którym czujemy się lepiej z nimi niż bez nich. Czy można dotrzeć tutaj bez głębokiej pracy wewnętrznej, wewnętrznego doświadczenia i duchowego rozwoju? Czyż u podstaw ograniczenia w postrzeganiu, rozumieniu, uzależnieniach, zamykaniu się na różne aspekty istnienia i działania, złości i agresji nie leży właśnie lęk?

Jednak głębokie doświadczenie wewnętrzne usuwa lęk, bo czego z tego miejsca można się lękać? Czego można się bać, kiedy jesteśmy coraz bardziej i bardziej zjednoczeni z Wszystkim??


Jedną z  metod pracy jest nasze Taijiquan- docieranie przez zewnętrzne (przez ruch i ciało) do najgłębszych aspektów naszego istnienia, spajanie ich i przerabianie na jakość, z której korzystamy następnie w każdym momencie naszej rzeczywistości, która przejawia się i w naszych wzrastających umiejętnościach samoobrony, i naszym spokoju, i w nastawieniu do siebie i drugiego człowieka, w każdej chwili i w każdym miejscu.

Własne doświadczenie jest tutaj niezbędne i bez niego trudno o postęp. Każdy z nas idzie własną, specyficzną drogą i chyba nie ma dwóch identycznych ścieżek.

Wydaje mi się, że warto zwrócić uwagę na dwa główne niebezpieczeństwa, które mogą nam przeszkodzić na naszej drodze:


1.  Zanim dojdziemy do punktu, z którego zobaczymy, że to czego nie wiemy, zajmuje znacząco większy obszar niż to co wiemy, możemy wpaść w pułapkę przekonania o własnych dużych umiejętnościach i utknąć w niej na lata. Oby nie na zawsze. Dlaczego to jest niebezpieczne? Bo z takim przekonaniem trudno zachować pokorę i otworzyć się na poznanie. Można wymościć sobie wygodne miejsce, okopać się w nim i już tam zostać.


2. Warto pamiętać o tym, że podążamy własną drogą, a nie drogą naszego Nauczyciela, niezależnie od tego jaki wysoki poziom on reprezentuje. Nie jesteśmy nim tylko sobą. Niewątpliwie nie jest łatwe wyczucie momentu, kiedy możemy już iść samodzielnie, oczywiście dalej z pomocą Nauczyciela, ale bez naśladowania go i uprawiania tak zwanego „Taiji cienia”. Wydaje mi się, że to bardzo niebezpieczny moment, szczególnie wyczucie, kiedy on przychodzi, ale kiedyś musi nastąpić. Wtedy nasze Taijiquan stanie się rzeczywiście naszym. Nie może to być zbyt wcześnie i oby nie wiązało się z wpadnięciem w pułapkę opisaną w pkt. 1. Jeśli nam się to uda i pójdziemy dalej naszą drogą, mądrze korzystając z pomocy naszego Nauczyciela-Przewodnika, naszej inteligencji i wskazówek naszego serca podążymy za naszym własnym doświadczeniem wkraczając coraz głębiej w Taijiquan.


W związku z powyższym polecam przepis z naszej książki kucharskiej na doskonałą potrawę:

Na grubym spodzie z wolności i inteligencji układamy całe mnóstwo własnej pracy, przekładamy dużą ilością serca, przeplatamy wsparciem dobrego Nauczyciela i lekko skrapiamy samodzielnością.


Iwona Grześkowiak/ listopad 2010

iwonagrzeskowiak@onet.pl

Zdjęcia Mistrzów: M. Vorwerk, Projekt i wykonanie: Pracownia Athanor