Główna Chen Taiji Chuan
SPOTKANIE Z NAUCZYCIELEM
src=   

Taiji Chuan zaczęłam się uczyć w 2002 roku u instruktora Adama Wyparta. Najpierw był to styl Yang. Adam ciągle poprawiał mi ustawienia nóg bo wciąż stałam za szeroko, stopy się jakoś inaczej układały, a ciało nigdy nie kierowało się w tą stronę w którą powinno.

Po roku Adam rozpoczął nauczać styl Chen i wtedy na pierwszych zajęciach od razu wszystko zaczęło pasować. Znalazłam swój styl, który do mnie pasował, albo raczej - do którego ja pasowałam. Rozpoczęłam treningi Taiji Chuan styl Chen. Zabrałam się ostro do treningu i zaczęłam ćwiczyć codziennie.
Miesiąc później dowiedziałam się, że w lutym następnego tj. 2003 roku przyjeżdża do Lanckorony Jan Silberstorff na pięciodniowe seminarium Taiji Chuan. Chciałam jechać, ale pomyślałam, że chyba za wcześnie. Dopiero zaczynam się uczyć, a tu od razu chcę pobierać nauki u Mistrza. Adam poradził mi, „Jedź jeśli chcesz. Jan jest dobrym nauczycielem i na pewno dużo ci to da.” Pojechałam.

Siedziałam w korytarzu willi Tadeusz, gdzie spotkałam kobietę z Niemiec o imieniu Gertrud.
Za kilka lat planowała przejście na emeryturę. Nie znała polskiego, ale żeby dotrzeć na to seminarium wybrała się całkiem sama z Monachium do Polski, w której jeszcze nigdy nie była. Najpierw pociągiem do Krakowa, potem musiała znaleźć jakiś bus i dotarła do małej całkowicie zasypanej śniegiem Lanckorony. Była zmęczona, ale szczęśliwa.

Jeszcze kilka minut i przyjechała grupa Niemców i Jan Silberstorff. Jana znałam tylko z fotografii, którą widziałam w Internecie. Z ciekawością popatrzyłam na żywą postać ze znanego mi zdjęcia. „No tak, ale jak się do niego zwracać? - pomyślałam. „Per Pan? Mistrzu? Hmmm”…. Przeszedł obok, uśmiechnął się do mnie i powiedział: „Cześć”. Zgłupiałam. Tak po prostu:„cześć”? „Cześć,” odpowiedziałam.

Tego dnia większość uczestników seminarium poszła wcześnie spać, bo miała za sobą długą drogę. Dla mnie to tylko dwie godziny samochodem, więc było za wcześnie na sen. I nagle pojawił się Jan i zapytał czy może się przysiąść. To była moja pierwsza rozmowa z Janem Silberstorffem na temat Taiji. Tak jakby czytał w moich myślach wyjaśnił mi szereg moich ówczesnych wątpliwości. Widać było, że to o czym mówi zna z własnego doświadczenia, a nie z książek. Wytłumaczył mi podstawy i dał pierwsze wskazówki do treningu, mówił o pracy z energią i o jej działaniu na organizm. Słuchałam z zapartym tchem wszystkiego co mówił i nie wiedziałam jeszcze, że rozmawiam właśnie z moim nauczycielem, który przez kolejne lata będzie mnie prowadził coraz głębiej i głębiej w tajniki Taiji Chuan.

Następnego dnia rozpoczęło się seminarium Stanęłam tak, żeby wszystko widzieć. W końcu pierwszy raz widziałam Jana podczas treningu. Poruszał się płynnie i z taką lekkością. I jego dłonie jakoś tak inaczej się obracały, ale bluza miała za długie rękawy i zakrywała nadgarstki. Potem podczas czasu na pytania poprosiłam go żeby pokazał ten ruch dłoni. Podniósł rękawy i pokazał jak pracuje nadgarstek. „Pracę stóp też chcesz zobaczyć?” - zapytał i uśmiechnął się.
Uczyłam się trzeciej części formy Laojia. Jan pokazywał kolejny ruch naśladując sceny z filmów walki. Nie dało się nie zapamiętać. Jest dowcipny i ma doskonały kontakt z uczniami.
Gertrud poprosiła Jana, żeby zobaczył czy dobrze wykonywała ten ruch. Jan przyjrzał  się i powiedział: „Tak- dobrze. Bardzo dobrze”. W jego głosie było dużo ciepła i motywacji.

Potem przyszedł czas na pierwsze zajęcia z Pchających Dłoni i zastosowań ruchów formy do celów samoobrony. Dla mnie wszystko było nowe. Jan skorygował mi postawę. Poprawiał ułożenie dłoni tłumacząc, że ta dłoń blokuje przed ewentualnym uderzeniem.  Ćwiczył ze mną chwilkę. Nie było w nim żadnego napięcia, ręce były rozluźnione. Ale nie dało się umknąć z tych rąk. Jakby miał ich ze sześć. „Jak pająk”- pomyślałam. Wszystko na tym seminarium było nowe i tyle chciałam zapamiętać. Po kilku minutach Jan podszedł znowu- i po raz drugi poprawiał mi dłoń, która ma blokować. „ Słuchaj co mówi do ciebie twój nauczyciel. Trzeci raz już nie poprawię”- powiedział Nie był zły. Żartował- i uśmiechał się. Na pewno wiedział, że to dużo na pierwszy raz. Ale nigdy więcej już nie zapomniałam o ułożeniu tej ręki. Ani na tym seminarium ani nigdy później. Do dzisiaj pamiętam tę korektę. I mam nadzieję, również wszystkie kolejne. W jakiś fenomenalny sposób przywołał wtedy moją uważność i umiejętność zapamiętywania tego co mówi. Nawet na jego wykładach w większości nie zapisuję tego co mówi. Zapamiętuję. Chyba mnie wtedy przestraszył, że nie będzie mnie uczył i dlatego teraz wszystko pamiętam….

Dzisiaj wydaje mi się, że przez te lata zachowałam w sobie wszelkie uwagi i wyjaśnienia i te które były dla mnie zrozumiałe i te na początku kompletnie niezrozumiałe. W razie potrzeby wystarczy tylko po nie sięgnąć, bo już są.
Ani na tym pierwszym seminarium ani na żadnym następnym nie zauważyłam, żeby Jan był kiedykolwiek zmęczony. Całe dnie uczenia potem wieczory spędzane na rozmowach z uczniami przy stole w jadalni. Nie wiem czy Jan wie ile to dla nas znaczyło. Jak tylko na chwilę znikał - zaraz ktoś pytał: „A Jan będzie ?” i rozglądał się w oczekiwaniu, że zaraz się pojawi. I pojawiał się. Siadał z nami i opowiadał o swoich doświadczenia i różne zabawne historie, które w zależności od uważności słuchających mogły być tylko zabawnymi historiami albo historiami zawierającymi jakąś cenną wskazówkę do codziennej pracy a także odpowiadał uczniom na pytania. Zawsze uśmiechnięty, przyjazny ludziom i z dużą charyzmą.
Potem wielokrotnie w różnych sytuacjach przywoływał znaczenie serca w treningu Taiji. Chyba już wtedy w Lanckoronie pojęłam, że prawdziwy rozwój w Taiji to nie tylko coraz głębsza praca z formą i umiejętność samoobrony ale przed wszystkim pozytywne nastawienie do świata i ludzi, którego Jan był i jest żywym przykładem.
To co mówił Jan podczas jednej z wieczornych rozmów bardzo pasowała do naszej rozmowy z pierwszego wieczoru. Spojrzał na mnie i powiedział: „A to będzie ważne dla ciebie. I będziesz potrzebowała dobrego nauczyciela, bo jest wiele dróg, które mogą wyprowadzić na manowce” Dobrego nauczyciela? Ja znalazłam, ale czy on będzie chciał być moim nauczycielem, też po tym seminarium??

W 2003 roku nauczyłam się formy Laojia Yi Lu, Laojia Er Lu i Xinja Yi Lu. Pojechałam na kolejne seminaria do Chen Xiaowanga i do Jana Silberstorffa. Od tego czasu nie opuściłam ani jednego seminarium mojego nauczyciela, które miało miejsce w Polsce . Uczestniczyłam w wielu seminariach: w Rogli, Luhacovicach, Hamburgu i Dortmundzie. No i oczywiście trenuję codziennie.

Niestety Jan Silberstorff obecnie nie przyjeżdża do Polski i jedyną możliwością kontynuowania przeze mnie nauki u niego jest uczestnictwo w jego obozach na Majorce. To wprawdzie daleko i - jak dla mnie - drogo, ale Jan powiedział kiedyś do mnie: „Ja, żeby się uczyć, musiałem jechać do Chin. Na Majorkę masz bliżej.” Trudno mu nie przyznać racji -  a i Majorka w świetle owej refleksji jakoś nie wydaje się aż tak odległa i kosztowna jak przedtem.
Mimo wszystko mam jednak nadzieję, że będzie ponownie przyjeżdżał do naszego kraju - może chociaż na seminaria weekendowe.

Podczas jednej z rozmów po moim przyjeździe z obozu na Majorce w lipcu 2009 roku zadano mi pytanie: ”Czy warto było jechać taki szmat drogi na takie drogie seminarium, żeby uczyć się znowu podstaw i Laojia skoro już tyle raz w podobnym seminarium brałam udział?”.
Pytanie uświadomiło mi, że z czasem ważniejsze stało się dla mnie to, czego nie wiem, niż to, co wiem. Im więcej wiem, tym większą mam świadomość że bardzo wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Może dlatego z każdego seminarium przywożę coś naprawdę cennego. Mam wrażenie, że Jan prowadzi mnie począwszy od pierwszego seminarium coraz głębiej w Taiji Chuan i każde kolejne seminarium jest konkretnym krokiem do przodu. Zna mnie od moich pierwszych kroków w Taiji wie co jest dla mnie trudne i potrafi dotrzeć do mnie ze swoją wiedzą. Nie tylko wie jaki powinien być mój kolejny krok, ale i potrafi mi go pokazać tak, żebym mogła go zrobić.

Myślę, że czymś niesłychanie cennym jest możliwość rozwijania się pod opieką jednego dobrego nauczyciela który nas prowadzi w miarę naszych postępów i możliwości. Oczywiście, że od czasu pierwszego spotkania z Janem Silberstorffem dużo się nauczyłam i zrobiłam postępy. Godzina mojego dzisiejszego treningu- to kilka godzin treningu kilka lat temu, bo każda minuta jest lepiej wykorzystana i trening jest bardziej nakierowany na cel. Nie jest, w uproszczeniu mówiąc, tylko machaniem rękami, ale w tej samej minucie, w której ja robię jeden krok do przodu – Jan robi ich może dwadzieścia i zawsze będzie przede mną. Zawsze będę mogła się od niego nauczyć czegoś cennego. Ja się uczę, ale i mój nauczyciel mimo że od początku był daleko przede mną ciągle robi postępy i dalej rozwija się. Więc zawsze będzie moim nauczycielem, niezależnie do jakiego poziomu uda mi się dotrzeć.

Jednym z pierwszych artykułów Jana, który przeczytałam, był artykuł o błędzie podwójnego ciężaru. Wtedy dotarło do mnie, że Mistrzowie też nie są doskonali w swojej sztuce i także dalej się uczą. Tyle że ich „niedoskonałość” jest niewidoczna dla przeciętnego człowieka, ponieważ występuje ona na poziomie, do którego większość ludzi nie tylko nie jest w stanie sięgnąć, ale nawet go sobie wyobrazić. Szereg kolejnych artykułów Jana, jego wykłady, rysowane przez niego zazębiające się z czasem kółka obrazujące jak zmieniamy się podczas naszej pracy z formą, a także już i własne doświadczenia z treningu, coraz bardziej uświadamiały mi głębię Taiji Chuan i coraz bardziej motywowały do pracy.

Pamiętam jak Jan powiedział kiedyś, że aby robić postępy w Taiji potrzebne są trzy rzeczy:. trening, inteligencja i serce. Co to jest trening dla każdego jest jasne, ale klucz do wskazówek, które niosą ze sobą dwa pozostałe pojęcia, każdy musi znaleźć sam.
Moim zdaniem w punkcie inteligencja mieści się również umiejętność korzystania z pomocy dobrego nauczyciela. Wiara w to, że sami damy radę dojść do całej wiedzy niezbędnej dla naszego postępu w Taiji może zaprowadzić nas w ślepą uliczkę, albo w najlepszym wypadku opóźnić nasz rozwój o wiele lat. Natomiast chwila, w której dochodzimy do wniosku, że już wiemy wszystko i umiemy już każdą formę i znamy doskonale podstawy, i sami sobie doskonale ze wszystkim poradzimy powinna być dla nas ostrzeżeniem, że właśnie weszliśmy w ślepą uliczkę - wówczas powinniśmy jak najszybciej poszukać dobrego nauczyciela…

Dziękuję Janowi za całą wiedzę, którą mi przekazuje, za jego zaangażowanie i cierpliwość, za wiele godzin treningu, wykładów i prywatnych rozmów.
Proszę o dalszą naukę i wsparcie. I jednocześnie przyznaję, że w ciągu tych lat ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że trafiłam do najlepszego nauczyciela, jakiego można sobie życzyć, który do tego jest żywym przykładem swojej nauki przełożonej na życie.

Iwona Grześkowiak/ styczeń 2010
 
iwonagrzeskowiak@onet.pl

Zdjęcia Mistrzów: M. Vorwerk, Projekt i wykonanie: Pracownia Athanor