Główna Chen Taiji Chuan
Relacja z obozu Jana Silberstorffa, Majorka 2010

Zazwyczaj na obozach Jana tylko ja reprezentuję polskich adeptów Taijiquan, tym razem pojawiliśmy się w sile dwóch osób, ponieważ wybrał się także mój kolega treningowy-Tomek Siwek.

Po wstępnych perypetiach z zakupieniem biletu lotniczego już w lutym (przy dużym wyprzedzeniu ceny są korzystniejsze) i po skasowaniu naszego lotu, który miał mieć miejsce z Okęcia i o dziwo kupieniem w czerwcu biletu w dobrej cenie na bezpośredni lot z Pyrzowic, udało nam się dotrzeć szczęśliwie do Palmy de Majorka.

Ze względu na to, że miejsce do którego chcieliśmy się wybrać z lotniska nie jest zbyt popularne wśród turystów, zasadniczo bardzo trudno dotrzeć do niego miejskimi środkami lokomocji. W związku z tym umówieni byliśmy jeszcze z dwoma osobami na wspólny przejazd taksówką, co miało pomniejszyć koszty przejazdu.

Dzień przed naszym wylotem przyszedł mail od Jana, którego poinformowano, że droga dojazdowa do klasztoru St. Honorat, prowadząca przez miejscowość Randa będzie zamknięta od 8.00-12.00 ze względu na odbywający się wyścig kolarski. Była to dokładnie godzina naszego przylotu i po odnalezieniu naszych współpasażerów, z których jednego nie znaliśmy i mieliśmy go zidentyfikować po czarnej bejsbolówce, co o dziwo nam się udało (może dlatego, że siedział na ławce przy postoju taksówek  i czekał na kogoś) zdecydowaliśmy, że jednak nie będziemy czekać na zakończenie wyścigu kolarskiego i spróbujemy dotrzeć na miejsce. Kobieta prowadząca taksówkę o zamkniętej drodze dowiedziała się dopiero wtedy, kiedy została zatrzymana przez policjanta pilnującego przejazdu przed barierką blokującą wjazd. Niepewnie skręciła w boczne (naprawdę boczne) małe, kręte uliczki i bez przekonania skierowała się na azymut góry, na której znajduje się klasztor. Przy okazji mieliśmy darmowe zwiedzanie urokliwego miasteczka i bez większego problemu mocnym objazdem dotarliśmy na miejsce, za co pani prowadząca taksówkę otrzymała od nas słusznie należne jej brawa.

Średni klasztor znajduje się w połowie góry. Poniżej jest malowniczy nieczynny już klasztor (zdjęcia-w galerii), a powyżej na szczycie wielki klasztor Santa de Curra z dużym zapleczem hotelowym i restauracją.

St. Honorat znajduje się w bardzo pięknym, malowniczym miejscu. Roztacza się z niego wspaniały widok na dolinę i okoliczne miasteczka, morze i oddalone góry. Jest cicho i spokojnie. Wspaniałe miejsce do treningu i medytacji. Panuje w nim dobra, ciepła atmosfera stworzona przez zamieszkujących go mnichów i obsługę. Nic nie jest tutaj komercyjne i wymuszone. Klasztor nie jest ogólnie dostępny dla zwiedzających. Teren wokół klasztoru jest dość rozległy. Ćwiczyć można i w promieniach ostrego słońca na drodze dojazdowej z kamienia spełniającej bardziej rolę ogromnego tarasu z widokiem, i w cieniu pod drewnianą konstrukcją podtrzymującą winogrona, i pod palmami tuż przed budynkiem, jak również w pomieszczeniu poniżej naszego „tarasu” oraz w dość obszernej sali na poziomie klasztoru.


Jan nie spodziewając się naszego przyjazdu w godzinach zamknięcia drogi nie czekał jeszcze na nas, ale w jadalni przywitały nas ciepłe napoje w termosach i ciasteczka. Siedząc pod palmami delektowaliśmy się ciasteczkami, pięknym widokiem i spokojem tego miejsca.

Opatem tego klasztoru jest Ojciec Daniel, niesamowicie ciepły i serdeczny człowiek. Porozumienie się z nim było raczej ograniczone językowo, ponieważ mówi tylko po hiszpańsku. Jednak jak wielokrotnie wcześniej, a także później widziałam, nikomu jakoś specjalnie nie przeszkadzało to, że rozmowa toczy się w różnych językach i właściwie to nikt nikogo nie rozumie. Znacząco ważniejsza była sama chęć prowadzenia rozmowy.

Jan w końcu zorientował się, że jednak już dotarliśmy na miejsce i po serdecznym przywitaniu  poprowadził każdego do jego pokoju. Ja i Tomek dostaliśmy pokoje w dalszym skrzydle klasztoru. Jan z humorem skomentował nasz przydział pokojów, jako świadomie zaplanowane dla nas codzienne oczyszczanie, ponieważ każdorazowo będziemy musieli przechodzić przez galerię małego klasztornego kościółka.

Do obiadu siedzieliśmy z Janem pod palmami i słuchaliśmy, zadawaliśmy pytania i dyskutowaliśmy o Taijiquan, jego wewnętrznych aspektach, medytacji czy współczesnym świecie. Od czasu do czasu klasztorny kot czy pies prosił o pogłaskanie. To te same zwierzęta, o których Jan wielokrotnie mówił, że towarzyszą mu podczas jego medytacji.

Mimo, że nasz pobyt miał się zacząć od kolacji, został dla nas przygotowany smaczny obiad. Zresztą posiłki przez cały pobyt były rozbrajająco smaczne i bardzo urozmaicone. Wspaniałe zupy, pieczony klasztorny chleb, wszelkiego rodzaju zapiekanki, różne sery, desery i owoce. Do tego wszystko przygotowane z sercem i zaangażowaniem. Jedzenie oczywiście jak zawsze na obozach Jana- wegetariańskie. Przez cały dzień  termosach czekała na nas kawa, gorąca woda i torebki różnych herbat.

W podawaniu talerzy z jedzeniem i zbieraniu ich po posiłku uczestniczyli w jakiejś części wszyscy, w zależności od tego kto w danym momencie jak daleko siedział od wózka, przywożącego jedzenie z kuchni. Jan podobnie jak inni roznosił jedzenie i zbierał talerze, a czasem także rozdzielał wśród współsąsiadów przy stole upolowaną gdzieś czekoladę.

St. Honorat jest doskonałym miejsce na obóz Taijiquan. Nie tylko wspiera trening swoją dobrą energią, ale i daje możliwość stworzenia prawdziwej wspólnoty na ten krótki czas. Klasztor nie jest duży, więc wszyscy spotykaliśmy się stale nie tylko na treningach i w jadalni, ale i nasze ścieżki ciągle przecinały się także podczas przerw wypoczynkowych. W okolicy nie ma barów, ani restauracji i zasadniczo wszędzie jest daleko. Pozostaje tylko trening, trening no i jeszcze ewentualnie… trening. Jan przez cały dzień, z wyłączeniem przerwy poobiedniej, w której większość uczestników korzystała z małej drzemki, zasadniczo był z nami. Nawet jeśli znikał w swoim pokoju, z którego miał widok na wszystkie główne miejsca treningowe, często pojawiał się w oknie niezmiennie uczestnicząc w życiu grupy.

W obozie uczestniczyło jakieś 26 osób, wśród nich większość osób zaawansowanych, ale i kilka początkujących.

Oficjalne zajęcia na obozach u Jana trwają pięć godzin dziennie, a obozy trwają pięć dni (+jeden dzień przyjazdy i jeden wyjazdy). Ale jak już wspominałam kontakt z Nauczycielem nie kończy się na tych pięciu godzinach i właściwie trwa cały czas. Jeszcze przed śniadaniem, czyli przed właściwymi zajęciami następowała korekta stania w pozycji Stojącej Kolumny, albo w pozycjach z formy. Następnie po śniadaniu/po obiedzie zaczynały się regularne 2,5- godzinne zajęcia. Tym razem było to połączenie teorii i treningu praktycznego. Tegoroczny obóz przebiegał pod patronatem Chen Changxinga i w związku z tym można było poznać jego życie, idee i więcej dowiedzieć się o tej znaczącej postaci. Pracowaliśmy także nad  dwoma jego tekstami: 10 Ważnych tez Taijiquan oraz Zastosowania Bojowe. Po lekturze/wykładzie rozpoczynał się trening, który miał nam praktycznie przybliżyć co autor tekstów miał na myśli i jak z tego skorzystać w pracy nad Taijiquan. Podczas obozu doskonaliliśmy naszą pierwszą i drugą formę, czyli Laojia Yilu i Laojia Erlu, w ostatnich dniach jednak bardziej koncentrując się na drugiej z nich. Oprócz tego trochę czasu poświęciliśmy także na Chansigong, chociaż nie pochodzą one od Chen Changxinga, którym zajmowaliśmy się w tym roku. Oczywiście istotnym elementem składowym treningów były także Pchające Dłonie. Tym razem więcej czasu poświęciliśmy na ich aspekt wewnętrzny, zrozumienie i praktyczne przećwiczenie wewnętrznych „technik”.

W treningu korzystaliśmy z korekt Jana, jego ogromnej wiedzy praktycznej, doświadczenia i wiedzy teoretycznej. Zawsze było także wystarczająco dużo czasu na pytania i odpowiedzi.

Mimo stosunkowo dużej grupy Jan do każdej osoby podchodził jak zwykle indywidualnie i uczył każdą z osobna, w zależności od jej poziomu rozwoju i możliwości przyswojenia przekazywanej wiedzy. Korekta w jednym miejscu jak zwykle przekładała się na pracę nad tym elementem w całej formie.

Po zakończeniu zajęć formalnych przed- i popołudniowych Jan opuszczając miejsce naszych zajęć często delikatnie i żartobliwie zaznaczał, że do obiadu/kolacji jest jeszcze trochę czasu i dobrze byłoby gdybyśmy wykorzystali go na doskonalenie naszego Taijiquan, co on oczywiście skrzętnie będzie obserwował z okna swojego pokoju. Jest to jedna z form motywacji, którą znam od lat i która niezmienne na każdym obozie przynosi pozytywny efekt wydłużając czas treningu osób, które same z siebie raczej nie wpadłyby na ten pomysł.

Wieczorami, mimo, że nie były planowane już żadne formalne zajęcia w trzy wieczory odbywała się razem z Janem  chenowska medytacja na siedząco (kolejno- jej trzy etapy). Dla większości nie było ona nowością, ale były obecne także osoby, które uczestniczyły w niej po raz pierwszy. Trwała około godziny i odbywała się w prostym, zamkniętym pomieszczeniu poniżej klasztoru z widokiem na dolinę przez wielkie, dające się otworzyć okna. Jan tłumaczył przebieg medytacji i dawał wskazówki praktyczne. Można było także zadawać pytania, aczkolwiek był to zdecydowanie czas na praktykę, a nie na rozmowy. Po wyjaśnieniach Jan odwracał swoje krzesło ku widokowi na światła doliny, gasiliśmy światło i otwieraliśmy okna wpuszczając dobiegające z daleka ciche dźwięki dzwonków owiec. Jan cichym głosem wprowadzał do medytacji i cała grupa pogrążała się w ciszy. Zakończenie medytacji było również sygnalizowane cichym, spokojnym głosem Jana, który dalej krok po kroku podawał jakie ćwiczenia energetyczne należy teraz wykonać.

Dwa pozostałe wieczory były wolne, ale można było uczestniczyć we mszach, które odbywały się specjalnie dla nas w przyklasztornym kościółku. Msze celebrował Ojciec Daniel. Msze te o tyle różnią się od tego co znam, że wszyscy uczestniczący w nich siedzą wokół ołtarza, a nie tylko w ławkach z przodu. Ławki łączy się w koło (na tyle na ile pozwala na to ich kształt), stawia się krzesła na stopniach przed ołtarzem, jak i z boku i z tyłu ołtarza. Wszyscy są tutaj wyraźnie równi, a Ojciec prowadzący mszę stoi w środku grupy uczestników. Każda msza ma swoje motto, jest celebrowana po hiszpańsku, ale zazwyczaj jest tłumaczona na niemiecki i wszyscy dostajemy kopię tekstu z Ewangelii w języku niemieckim. W trakcie mszy każdy może wstać i powiedzieć co mu leży na sercu oraz podzielić się swoimi refleksjami. Można było także zapalić świeczkę w intencji i położyć ją na ołtarzu. Ojciec Daniel emanuje ciepłem, życzliwością i dobrą energią dla innych ludzi. Jego kazania są proste, pochodzą z serca i zawierają proste aczkolwiek bardzo istotne przesłania.

Po zakończonej mszy jeszcze długo nasza grupa siedziała w koło w kościele i dyskutowała cicho z Janem o różnych wewnętrznych przeżyciach i doświadczeniach.

Po wieczornej medytacji/mszy można było korzystać dalej z ciszy i atmosfery tego miejsca na przykład siedząc na murze ogradzającym klasztor, albo trenując formę na naszym „tarasie” i patrząc na dalekie góry i migające daleko w dole światła miasteczek, z których jednak nie docierał tutaj żaden dźwięk, bo owce udając się na spoczynek zabrały ze sobą ciche dźwięczenie swoich dzwonków.

Obóz jak zawsze był wspaniały, pełen dobrej nauki i nowych doświadczeń, przebiegał w dobrej, życzliwej atmosferze i dawał odczucie stałej opieki ze strony Nauczyciela, któremu zależy na rozwoju i postępie swoich uczniów. I jak zwykle zaowocował nowym materiałem do wytężonej pracy w treningu przez kolejne miesiące, aż do następnego spotkania.

 

Iwona Grześkowiak/ październik 2010

iwonagrzeskowiak@onet.pl

Zdjęcia Mistrzów: M. Vorwerk, Projekt i wykonanie: Pracownia Athanor