Główna Chen Taiji Chuan
TEMPELPARK-Sierpień 2010

Hamburg sierpień 2010/ Tempelpark


W tym roku założyłam sobie wyjazd do Chin do Chenjiagou oraz do Tempelparku, o którym słyszałam od kiedy trenuję Taijiquan.

W sierpniu umówiłam się z przyjaciółmi oraz znajomymi w Hamburgu no i pojechałam na wspólne 10-dniowe treningi.


Idea Tempelparku to pomysł Jana Silberstorffa, który jest rodowitym Hamburczykiem i było/jest to jego miejsce treningów chyba od zawsze. Oczywiście o ile akurat był/jest w Hamburgu co jednak od pewnego czasu zdarza się dość rzadko.

Tempelpark (park świątynia) faktycznie nie ma takiej nazwy. Jest to park miejski, gdzie spędzają swój wolny czas mieszkańcy miasta. Są tutaj place zabaw dla dzieci, miejsca wypoczynku dla ludzi starszych, urządza się imprezy urodzinowe dla dzieci na świeżym powietrzu i można spotkać ludzi trenujących różne dziedziny sportu oraz także -Taijiquan. Zasady treningu Taijiquan są określone zasadniczo przez Jana, ale  każdy się do nich stosuje. Cały dzień od rana do wieczora spotykają się ludzie na wspólnym ćwiczeniu Taijiquan. Nie ma powitań, uścisków, machania do siebie. Nie używa się telefonów komórkowych i nie prowadzi rozmów. Panuje cisza i skupienie i każdy poświęca się pracy nad swoim Taijiquan. Oczywiście ćwiczy się także Pchające Dłonie, ale najczęściej po wcześniejszym umówieniu się z partnerem, bo jak wspomniałam tutaj już dyskusji się nie prowadzi.

Zamieszkałam w Centrum Taiji założonym przez Jana Silberstorffa. Znajduje się  dzielnicy St. Pauli, na trzecim piętrze starej kamienicy. Składa się z czterech pokoi, kuchni, łazienki, wc i korytarza. Kuchnia jest wyposażona we wprawdzie dość stare sprzęty, ale jest wszystko co potrzebne: lodówka, pralka, piec elektryczny z piekarnikiem i kompletny sprzęt gospodarstwa domowego. Jeśli ktoś miałby ochotę upiec tutaj jakieś ciasto-znalazłby wszystko co do tego potrzebne.

Nie jest to miejsce, gdzie każdy, kto tutaj mieszka dostaje swój pokój jak w hotelu. Właściwie jest tylko jedno łóżko, które akurat mnie przypadło. Oprócz tego jest kilka materacy, które rozkłada się na noc w pokojach, a rano należy je szybko złożyć i udostępnić pokoje dla wszystkich zainteresowanych. W związku z tym wylegiwanie się w łóżku do popołudnia jest oczywiście wykluczone. Jeden z pokoi to biuro WCTAG, dwa- służą do treningu i w związku z tym są całkiem puste nie licząc manekina do treningu, zestawu broni (2 szable, 2 miecze, 2 długie i 2 krótkie kije, halabarda) oraz wspaniałej ogromnej kaligrafii Mistrza Chen Xioawanga powieszonej na ścianie. Czwarty pokój to czytelnia, gdzie na całej długości ściany stoją regały wypełnione pod sufit książkami o wszelkich możliwych sztukach walki, broni, Qigongu, religiach i mistyce. Są wśród nich przepiękne albumy i całe mnóstwo bardzo dobrych książek dotyczących Taijiquan. Większość książek jest po niemiecku, trochę po chińsku i angielsku. Znalazłam nawet dwie po polsku. Wspaniała biblioteka. Wyszukałam kilka, które mnie bardzo zainteresowały, ale cóż, tylko trochę je przejrzałam bo nie było czasu. Na półkach znajduje się też całe mnóstwo różnych filmów o sztukach walki, wiele z rożnych walk bokserskich, szkoleniówki Taijiquan oraz kasety z treningów Jana i jego seminariów. Oczywiście jest także odpowiedni sprzęt, żeby to wszystko obejrzeć.

Jeśli ktoś chce trenować i jednocześnie uczyć się teoretycznie oraz korzystać z pomocy na kasetach i płytkach- ma doskonałą możliwość.


Park, nazywany przez trenujących Taijiquan Tempelparkiem, jest oddalony o jakieś 10 minut drogi pieszo od Centrum Taiji.

Przyjechałam późnym wieczorem więc udałam się do niego dopiero następnego dnia. Wieczór spędziłam na miłej rozmowie Sebastianem, który mieszka w Centrum już dwa lata. Dopytałam się o drogę do parku, zakupy, miejsca gdzie można coś zjeść.

Następnego dnia rano udałam się do parku na trening. Pogoda nie była rewelacyjna, ponieważ od czasu do czasu padał deszcz. Ale poinformowano mnie, że w Hamburgu to normalne i raczej nie ma co liczyć, że będzie inaczej. Trening w deszczu nie jest dla mnie specjalnym problemem (o ile do tego nie jest szczególnie zimno), jedyne co przeszkadzało to ograniczona możliwość zmiany butów, bo miałam tylko dwie pary. Na szczęście nie padało cały czas, a w parku są bardzo stare, wielkie drzewa, pod którymi można się schronić. O ile nie jest to ulewa, to można pozostać pod nimi nawet całkiem suchym.

Całe dopołudnia w parku upływały na treningu indywidualnym. Wszyscy poświęcali się treningowi form, a dokładniej mówiąc jednej formy czyli Laojia Yilu (czyli pierwszej formy starego stylu). Mimo, że wiele osób należało do grupy zaawansowanej rzadko widziało się trening bronią, czy innych form ręcznych. Zasadniczo każdy pracował tak głęboko na ile tylko pozwalał mu jego poziom nad swoimi słabymi stronami przy pomocy Laoija Yilu. No ale trudno się dziwić- w końcu to Hamburg: szkoła Jana.

Po południu rozpoczynał się trening w parach oraz zajęcia z Frankiem Marquardtem. Najwięcej czasu poświęcało się na formalne Pchające Dłonie. Mniej na zastosowania z formy. Frank jest bardzo dobrym Nauczycielem. Jest uważany za pierwszą osobę po Janie w Niemczech. Ma wielu wiernych uczniów i widać, że sam bardzo angażuje się w zajęcia. Podchodzi indywidualnie do każdej osoby i stara się przekazać maksimum wiedzy. Jest bardzo silny i ma świetną strukturę. Nikomu nie udało się wypchnąć go z pozycji podczas treningu. Jest świetnie wyszkolony i bardzo dobrze przygotowany.

Z Frankiem znamy się już wiele lat i z ciekawością obserwuję jego postęp w Taijiquan.

W związku z moim przyjazdem do Hamburga poświęcił mi znacząco więcej czasu niż innym, ale myślę, że nikt nie miał do niego ani do mnie pretensji. Zresztą wszyscy bardzo chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami i równie chętnie podpytywali o moje.

Frank dał mi kilka bardzo cennych wskazówek, które oczywiście dotyczyły mojego indywidualnego treningu, więc nie jest sensowne dzielenie się nimi tutaj. Zresztą opisanie ich byłoby niezmiernie trudne, ponieważ chodziło o pewne szczegóły w treningu formalnych Pchających Dłoni.

Ideą mojego wyjazdu do Tempelparku była przede wszystkim chęć przyjrzenia się jak trenują na co dzień uczniowie Jana i wykształceni przez niego Nauczyciele. No i nie byłam zaskoczona. Ludzie ci mają wiedzę, co jest najbardziej rozwojowe w Taijiquan i jaka jest kolej rzeczy jeśli chodzi o trening. Czyli baza, baza i jeszcze raz baza. Medytacja na stojąco, chan si gong i jak największa ilość powtórzeń Laojia Yilu. I oczywiście jakość treningu, skupienie i koncentracja. Cztero-, pięciogodzinny trening tylko samej Laoija jest tutaj dość częsty.

Forma z mieczem jest piękna, ale jaki ma sens dla osoby, która jeszcze nie potrafi pracować głęboko z własną energią? Jeśli ktoś ma naprawdę dużo czasu- może ją ćwiczyć nawet jeśli sens tego treningu jest niewielki. Jeśli ktoś ma mało czasu na trening codzienny, powinien skupić się na Laojia. No chyba, że ćwiczy z założeniem, że nie zależy mu na rozwoju, a tylko na ćwiczeniu czegoś co może ładnie wyglądać z zewnątrz.

Nie byłabym uczciwa w tej relacji, gdybym nie podzieliła się z Wami także moimi negatywnymi odczuciami związanymi z tym pobytem.

Po pierwszym 7-godzinnym dniu treningu czułam się naprawdę zmęczona. Było to dla mnie nowe odczucie, ponieważ zawsze im dłużej trenuję tym lepiej się czuję, co pewnie jest Wam także znane z własnego doświadczenia. Pierwszy dzień- pomyślałam. Może jednak jakieś zmęczenie po podróży, czy zmiana klimatu, chociaż przecież nie pierwszy raz gdzieś wyjeżdżam na treningi. Drugi dzień z podobną ilością treningu- dokładnie to samo odczucie. Zazwyczaj po dwóch intensywnych dniach treningowych (niestety w domu rzadko mogę sobie na coś takiego pozwolić) poziom energii znacząco wzrasta, a tutaj było gorzej niż przed przyjazdem. W trzeci dzień zbliżając się do parkanu parku odczułam lekki niepokój. „Co się dzieje?”- pomyślałam. Akurat w ten trzeci dzień przyjechał na treningi Holger, mój wieloletni przyjaciel ze Schwerin, z którym znamy się od moich początków w Taijiquan. Podzieliłam się z nim moimi odczuciami. Czułam się jakby ktoś mi założył na głowę kapelusz z rondem, do którego są przywiązane ciężarki. W rozmowie z Hollym dowiedziałam się, że park jest zrobiony na miejscu starego ewangelickiego cmentarza. Dzisiaj miejsce wypoczynku młodych i starych, a kiedyś miejsce spoczynku dla tych co już odeszli. No i wszystko się stało jasne. Energia cmentarza, nawet bardzo starego i nawet jeśli wszystkie szczątki zostały wygrzebane i przeniesione gdzie indziej to energia umarłych. To nigdy nie jest dobre miejsce dla żyjących. Stąd to moje zmęczenie, przytłoczenie, ciężar, niepokój i ubytek energii.

Od tego dnia przychodziłam do parku tylko na treningi popołudniowe z grupą. Resztę dnia spędzałam w Centrum, gdzie energia jest bardzo dobra i wspaniale ćwiczy się boso na podłodze z drewnianych desek mając przed oczami kaligrafię Mistrza. Teraz mogłam odpracować straty z parku.

Bardzo zaciekawiło mnie dlaczego Jan ćwiczył w tym parku przez tyle lat. Park jest wprawdzie piękny, ale na pewno nie nadaje się ani do treningu, ani do wypoczynku.

Zapytam go o to i podzielę się odpowiedzią, którą dostanę.


Iwona Grześkowiak/wrzesień 2010

iwonagrzeskowiak@onet.pl

Zdjęcia Mistrzów: M. Vorwerk, Projekt i wykonanie: Pracownia Athanor