Główna Chen Taiji Chuan
CHINY - Marzec 2010
Część 1: Wrażenia z podróży
src=   

W marcu 2010 roku silną grupą czterech osób z Polski (Jarek Jodzis, Krzysiu Kołomyjski, Alek Borkowski i ja) wybraliśmy się na seminarium treningowe do Chenjiagou w Chinach.

Organizatorem wyprawy był Jarek Jodzis, który w Chinach był już kilkukrotnie.

Wszyscy byliśmy nastawieni bardziej na treningi niż na zwiedzanie Chin, ale oczywiście liczyliśmy na to, że w naszej drodze do wioski rodu Chen, kolebce stylu Taiji, który uprawiamy będziemy mieli okazję zobaczyć i przeżyć co nieco z tego wielkiego kraju, jakże odmiennego od naszego.

Podróż samolotem z Warszawy przez Moskwę do Pekinu przebiegła bezproblemowo i trwała niecałe dwie godziny do Moskwy i potem osiem kolejnych do Pekinu.

W Pekinie zatrzymaliśmy się na krótko w małym, bardzo przyzwoitym i czystym hotelu. Okazało się, że niepotrzebnie przytaszczyłam ze sobą mój nieodłączny czajniczek do gotowania wody, ponieważ w tym hotelu (i w każdym innym także) są czajniki. Także w prawie każdej restauracji przed jedzeniem przynoszą szklankę gorącej wody, a nawet jadąc pociągiem pasażerowie dostają duży termos (jeden na przedział) z gotowaną gorącą wodą.

Pierwszy posiłek w Chinach uświadomił mi, że łatwo nie będzie. Pałeczki. Żadnych szans na zdobycie widelca… Jakoś o tym nie pomyślałam. Podjęłam próbę zjedzenia śniadania i nawet w pewnym stopniu się to udało. Na szczęście Alek, dzięki swojemu wrodzonemu sprytowi zorganizował dla mnie widelec, co znacząco umiliło później mój pobyt w Chenjiagou. Oczywiście- to żart, aczkolwiek przebywając w kraju o kulturze całkowicie odmiennej od naszej napotykamy sytuacje i duże i te malutkie, które nas mogą naprawdę zaskoczyć.

W Pekinie nie mieliśmy zbyt dużo czasu na zwiedzanie, ale zobaczyliśmy Zakazane Miasto, Pałac Letni oraz Świątynię Nieba. Poza tym pojeździliśmy trochę metrem, taksówkami i jedliśmy kilka posiłków. Każda z tych czynności przyniosła pewne doświadczenie i pozwoliła na poczynienie pewnych obserwacji.

Zakazane Miasto zwiedzaliśmy w prawdziwym tłumie. Była akurat niedziela i przyjechało mnóstwo chińskich wycieczek z całych Chin. Obcokrajowców spotykaliśmy bardzo rzadko. Może nawet i nie było ich tak mało, ale i tak ginęli w nieprzebranym tłumie Chińczyków. To co mnie zaskoczyło podczas zwiedzania Zakazanego Miasta, oczywiście oprócz samej jego wielkości, której sens jest dla mnie  trudny do zrozumienia to fakt, że w tym tłumie ludzkim praktycznie nie było ludzi starszych ani dzieci. Wyglądało to tak, jakby społeczeństwo to zamykało się wiekiem 15 do mniej więcej 35 lat. Podczas kilkugodzinnego pobytu w Zakazanym Mieście widziałam może 2-3 rodziny z małymi dziećmi i jedną osobę starszą.

Podobnie jest podczas poruszania się metrem. Dokładnie taki sam jest przedział wiekowy ludzi, których można w nim spotkać. Odpuściłam sobie zwiedzanie środka budynków w zakazanym mieście i wybrałam obserwację tego tłumu z krzesełka małej kafejki w pobliżu Ściany Dziewięciu Smoków.

Popołudniu podczas zwiedzania pałacu letniego nasza czwórka rozbiegła się w różne strony. Każdego coś innego zainteresowało, każdy się na czymś innym skupił czy robił zdjęcia. Odnaleźliśmy się dzięki naszym na szczęście funkcjonującym w Chinach telefonom komórkowym. Będąc w Chinach nawet grupą, lepiej pamiętać nazwę hotelu, w którym się mieszka i w miarę poprawnie ją wymawiać, tak żeby mógł nas zrozumieć kierowca taksówki lub przynajmniej dokładnie zapamiętać drogę powrotną metrem.

Po zachodzie słońca temperatura szybko spadła i zrobiło się naprawdę zimno. Czekając na  tym zimnie na naszych kolegów, kiedy kurtki nie dało się już bardziej zapiąć zdecydowałam się na formę Laojia Er Lu. Ćwiczyć można tutaj w każdym miejscu i nikt się temu nie dziwi, co zresztą bardzo mi się podoba. Dwukrotne wykonanie formy spowodowało, że w końcu miłe ciepełko rozlało się po całym ciele.

Podczas tej relacji nie będę dokładnie opisywać zwiedzanych miejsc i raczej zamierzam przekazać swoje obserwacje i odczucia w kontakcie z Chinami i spotykanymi ludźmi. W przeciwnym wypadku relacja ta wymagała by naprawdę wiele stron tekstu.

W Pekinie mieliśmy okazję zobaczyć także wspaniałą Świątynię Nieba i otaczający ją park.

W parkach i na terenach zielonych w Chinach cały czas toczy się życie. W parku zobaczyliśmy to co znamy tylko z telewizji, a mianowicie ludzi, którzy oddają się różnym aktywnościom sportowym, muzycznym, towarzyskim. Jeśli ktoś ma ochotę śpiewać, śpiewa, jeśli ktoś chce ćwiczyć, ćwiczy, jeśli ktoś chce tańczyć to tańczy. Niektórzy grają w różne gry, inni grają na instrumentach, puszczają kolorowe latawce albo grają w zośkę. Wszystkiego nie sposób wymienić. Nikt na nikogo dziwnie nie patrzy i nikt się nie wstydzi zajmować się swoją pasją. Jeśli kogoś coś zainteresuje może się przyłączyć do innych ćwiczących czy grających.

Szkoda, że u nas nie ma takiego zwyczaju i takiej tradycji. Szczególnie dla ludzi starszych, byłoby to wspaniałą możliwością utrzymywania lepszej kondycji ciała i umysłu, wychodzenia do parków i wspólnego spędzania czasu z innymi, którzy mają podobne zainteresowania oraz poznawania i akceptowania pasji innych ludzi.

Podczas podróżowania po Chinach nie trudno zauważyć, że kontrola wojskowa i policyjna jest wszędzie. Nasza dziewięciogodzinna podróż pociągiem z Pekinu w kierunku Shaolin przyniosła nowe doświadczenie. Na dworzec nie dało się wejść nie mając biletu, który można kupić w kasach oddzielonych od dworca. Zresztą nie można ich kupić w żadnym innym mieście, jak tylko w tym z którego się odjeżdża. Nie można tego także zrobić przez Internet.

Od wejścia na dworzec do wyjścia po przyjeździe na miejsce przeznaczenia naliczyłam osiem kontroli z prześwietleniem bagażu włącznie. Zresztą każdy nawet najmniejszy bagaż prześwietlany jest także przy każdorazowym wejściu do metra.

Kończąc wspomnienie z naszych podróży pociągiem chciałam jeszcze wspomnieć, że w jedną stronę jechaliśmy w wagonie sypialnym, a z powrotem w kuszetce, zresztą cudem załatwionej dla nas przez bardzo życzliwą i pomocną panią z recepcji hotelu, a groziło nam spędzenie 9-ciu godzin nocnej  podróży na twardych siedzeniach.

Podróż kuszetką to podróż w rozgadanym wagonie, w którym byliśmy jedynymi obcokrajowcami. Oczywiście jak zwykle chciano sobie z nami robić zdjęcia. W końcu nie łatwo spotkać tu kogoś tak egzotycznego jak my. Zresztą też jak zwykle wszyscy są bardzo sympatyczni i zaciekawieni, ale nie jakoś nadmiernie, więc nie przeszkadza to w żadnym wypadku. Moje obawy, że nie da się zasnąć w tak rozgadanym miejscu szybko ustąpiły. O 22.00 przełączono światło w wagonie na nocne i jednej minucie zrobiło się cicho.

Z naszych doświadczeń z podróży na pewno warto wspomnieć nasz przejazd taksówką do Chenjiagou. Trwał trochę ponad 1,5 godziny. Z naszym taksówkarzem, oczywiście sympatycznym jak wszyscy, którzy dla nas wykonywali jakieś usługi kompletnie nie byliśmy w stanie się porozumieć. Jechaliśmy upakowani w osobowej taksówce w cztery osoby wraz z bagażem (plus kierowca), opanowywani od czasu do czasu nagłymi napadami śmiechu, na które nasz kierowca kompletnie nie zwracał uwagi. Poruszaliśmy się szerokimi, prawie kompletnie pustymi, kiepsko oznaczonymi drogami, które wydawały się mieć dobry asfalt i nagle i nieoczekiwanie wpadaliśmy w ogromne dziury, na które nasz kierowca również kompletnie nie zwracał uwagi, a ja nie mogłam nadziwić się po raz kolejny jakim cudem i tym razem nie oderwał kół od swojego pojazdu. Z czasem dziur było więcej niż asfaltu, a nasz pojazd o dziwo nadal zachowywał wszystkie cztery koła.  Bez wielokrotnych zapytań o drogę (oczywiście tylko w języku chińskim)  byłoby bardzo trudno dotrzeć na miejsce.

W ogóle ruch uliczny w Chinach kieruje się sobie tylko znanymi prawami. Widziałam już jak jeżdżą w krajach arabskich i w Meksyku, ale tutaj jest inaczej. W pierwszych dniach nieustannie miałam odczucie, że zderzenie czołowe jest nieuniknione. W ogromnym nasileniu ruchu w Pekinie nikt nie zwraca uwagi na podwójną linię ciągłą. Rowery i skutery (często elektryczne) poruszają się we wszystkich kierunkach, także pod prąd.  Dwójka dzieci stojąca na środku czteropasmowej drogi próbująca przez nią przejść znacząco przyspieszyła bicie mojego serca. Po kilku dniach doszłam do wniosku, że jednak w tym pozornym chaosie wszyscy sobie dobrze radzą. I wszyscy są bardzo uważni. Samochody porozumiewają się klaksonami, wpychają się na różne pasy, co nie powoduje żadnej nerwowości u tych przed których się wpychają. Co najwyżej zostaną obtrąbieni, ale chyba bez złej intencji. Przyznam, że w tak krótkim czasie nie udało mi się poznać znaczenia tego ulicznego języka klaksonów.

Z naszej podróży warto wspomnieć nasz dwukrotny pobyt z Klasztorze Shaolin. Po drodze do niego widzieliśmy po obu stronach wiele różnych szkół walki i setki ćwiczących dzieciaków.

Dużo wcześniej słyszałam o tym, że obecnie klasztor ma wymiar głównie komercyjny. Z pewnością tak jest. Teren przyklasztorny jest przeogromny: stare budynki, placyki przed świątyniami, stelle i kadzidła palone przed wejściami do świątyń. Do tego stare drzewa, których nikt nie wycina. Ratowane wszelkimi możliwymi metodami, obwiązywane kawałkami materiału, spinane taśmami i podpierane drewnianymi a nawet metalowymi drągami. Ale nie wycinane. Zresztą to podejście do starych drzew widzieliśmy podczas całej naszej podróży.

W klasztorze Shaolin uczestniczyliśmy w dwóch show. Jednym za dnia w pomieszczeniu i drugim, wieczornym, na powietrzu. Pierwsze pokazy, nawet jeśli komercyjne pokazały ogromne wytrenowanie małych i nieco starszych uczniów. Drugie były opowieścią w formie widowiska na ogromną skalę na tle pięknych gór otaczających klasztor, rozświetlanych światłami, z piękną muzyką i pokazami sztuk walki. Cieszę się, że mogłam to zobaczyć. I polecam jeśli ktoś będzie miał okazję to zobaczyć.

W drodze powrotnej pojechaliśmy do Luoyang, z którego wybraliśmy się na zwiedzanie buddyjskich grot w Longmen. Poprzedzone pięknym parkiem tysiące grot wykutych w skałach w ciągu kilkuset lat przez mnichów buddyjskich, od bardzo maleńkich po największą z ogromnymi płaskorzeźbami Buddy. Czasem dotarcie do nich wymaga wspięcia się na dość dużą wysokość po naprawdę wielu schodach. Po zwiedzających widać, że przybywa tu wielu buddystów, którzy modlą się przed grotami. I oczywiście tak jak zazwyczaj trudno spotkać osoby o wyglądzie europejskim.

To co z pewnością jest także warte wspomnienia to nasze wrażenia z odwiedzanych restauracji. Na szczęście Jarek był zorientowany, gdzie można oczekiwać menu ze zdjęciami potraw, ponieważ opisy potraw krzaczkami nie byłyby dla nas zbyt pomocne przy wyborze dania. Znajomość języka angielskiego jest raczej dość kiepska i w dużej mierze zamawianie to połączenie języków: chińskiego z rozmówek, angielskiego i głównie migowego. A i tak nie zawsze udało mi się zamówić to co chciałam. Odnosiłam wrażenie, że nasze pojawienie się w restauracji traktowane było jako coś co restauracji dodaje znaczenia i trochę splendoru. Kilka razy nawet posadzono nas ekstra przy oknie. Wydawało mi się, że po to, żeby nas było widać z zewnątrz. Jedzenie w Chinach jest rzeczywiście smaczne i lekkostrawne. Świetnie przyrządzone i doprawione, aczkolwiek nigdy nie miałam pojęcia czy zamówiłam danie ostre czy łagodne. To co mnie jednak zaskoczyło, to to, że często w daniu mięsnym jest podawane całe zwierzę, czyli np. kurczak jest podawany w małych kawałkach, ale z kośćmi oraz łapkami i łebkiem. Robi to dość makabryczne wrażenie. No ale faktycznie nic się nie marnuje.

W Chinach można napić się naprawdę dobrych herbat, także różnych ogólnie mówiąc herbat kwiatowych (np. lawendowej czy chryzantemowej).

Jeszcze jedno wrażenie, którym chciałabym się podzielić z naszej podróży po Chinach, a mianowicie podkreślić spokój ludzi, których spotykaliśmy w różnych sytuacjach i ich pełne zaangażowanie w to co właśnie robią. Jakby świat poza tym nie istniał.

Człowiek zamiatający ulicę robił to z pełnym zaangażowaniem. Nawet niespecjalnie zwracał uwagę na samochody, które śmigają obok niego (nie wspominałam, że zamiatał autostradę…). Pani w banku bez jakichkolwiek objawów znużenia była całkowicie zaangażowana w obsługę klientów, pani w recepcji hotelu życzliwie i chętnie pomagała nam w załatwieniu spraw znacząco wykraczających poza zakres jej obowiązków (np. biletów na pociąg), staruszek robiący miotłę do zamiatania na przeszło godzinę zapomniał o wszystkim wokół. Właśnie dlatego, że robił miotłę i tylko na tym się koncentrował.

Nie wiem czy wynika to z tego, że tak szanują sobie pracę, jeśli już ją w ogóle mają, czy jest to jednak taki sposób skupiania uwagi na aktualnie wykonywanej czynności, który u nas nie jest zbyt często spotykany …

Myślę, że większość tych rzeczy, które mnie zainteresowały tutaj ujęłam.

W drugiej części relacji zajmę się już tylko głównym celem naszej podróży tj. szkołą i treningiem Taiji w wiosce rodu Chen- Chenjiagou.

Iwona Grześkowiak/Kwiecień 2010

iwonagrzeskowiak@onet.pl

Zdjęcia Mistrzów: M. Vorwerk, Projekt i wykonanie: Pracownia Athanor